Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#83959

(PW) ·
| Do ulubionych
W gastro się kradnie.

Kradnie się na potęgę, do tego stopnia, że niektórzy uważają to za oczywistość. Mam nieodparte wrażenie, że 6 lat temu, jak zaczynałam z robieniem w tej branży, było dużo gorzej. Żadnych badań socjologicznych nie prowadziłam i nie przesadzajmy z tym, że ze mnie jakiś stary wyjadacz, co pracował wszędzie i wszystko już widział - to tylko moje przemyślenia.

Jak zaczynałam stawki były mierne (5 zł netto za godzinę jak dostawałeś napiwki, 7 zł jak nie dostawałeś), a praca ciężka zarówno pod względem fizycznym i psychicznym, choć wiele pewnie zależy od miejsca. Za byle co można było wylecieć. Ludzie nie raz robili na czarno, albo nabierali się na tydzień próbny pracy po 12 godzin i odchodzili bez zapłaty, bo Janusz biznesu stwierdził, że się nie sprawdzili. Ludzie jednak pracowali, bo za coś trzeba żyć, a i te 6 lat temu sytuacja na rynku pracy też, wydaje mi się, była gorsza niż teraz. Może właśnie dlatego było tak wielkie przyzwolenie na kradzież, bo ludzie czuli się zwyczajnie wykorzystywani.

Ja nigdy nic nie ukradłam, ale faktem jest, że nie miałam potrzeby. Jak próbowałam w swojej naiwności zwracać uwagę na złodziejstwo, to skończyło się na tym, że dostawałam po łbie i "życzliwi" uczyli mnie, by udawać, że się nie widzi. Przyznaję, że pewnie się usprawiedliwiam, ale niestety na dzień dzisiejszy gastro to branża, w której mogę w miarę ok zarabiać, mam bardzo elastyczny grafik i dzięki niemu mogę wszystkie swoje zobowiązania pogodzić. Mam jednak nadzieję, że za max dwa lata pożegnam się z tą pracą na dobre.

Wszystkie historie są prawdziwe.

Zaczynałam w agencji kelnerskiej - chodziłam do różnych hoteli i na cateringi. Ludzie wynosili - pojedynczo pakowane torebki herbaty (nie całe pudełka, pojedyncze saszetki), zupki w proszku, szary papier toaletowy z łazienek pracowniczych. Rzeczy za dosłownie grosze. Notorycznie podjadano, choćby kajzerki na śniadanie dla gości. Na cateringach z open barem napoczęte butelki z alkoholem. Nie każdy jednak się zadowalał czymś takim.

1. Impreza dla banku (już przez mnie opisywana ze względu na piekielność gości) - open bar, drogi alkohol bez limitu. Na sali 20 kelnerów plus 4 dziewczyny do obsługi szatni, w tym ja. Na początku odprawa, gdzie wszyscy jesteśmy ostrzegani przez głównego managera, że jak złapie nas kradnących alkohol wzywana będzie policja. Impreza się przeciąga - ja miałam wyjść około 22.00, młodszy manager jednak prosił, bym z innymi dziewczynami została do końca. Nie chciałam się zgodzić, bo impreza miała miejsce na Pradze Północ, więc raczej nieciekawej dzielnicy, a nie wiedziałam w ogóle, czy w odległości kilku czy kilkunastu przecznic odjeżdżają jakieś nocne autobusy. Jedna dziewczyna w tej samej sytuacji - miałyśmy wracać razem do Śródmieścia ostatnim dziennym tramwajem. Padła propozycja, że młodszy manager zawiezie nas samochodem na Dworzec Centralny. Zgodziłyśmy się i siedziałyśmy do 2.00 w nocy. Jak się ubrałyśmy (jesień), facet zaprowadził nas do samochodu i kazał na siebie poczekać. No i gwóźdź programu - między halą, w której była impreza, a samochodem przechadzał się pięć/sześć razy za każdym razem niosąc po 3-4 butelki wódki, whiskey, koniaku itp i układając na podłodze samochodu. Wyniósł alkoholu za spokojnie 800 zł. Na końcu chciał nam sprezentować po butelce piwa. Nie wzięłyśmy. Zawiózł nas do centrum. Jak czekałyśmy na swoje autobusy, dziewczyna z którą jechałam zaczęła się zżymać, że "sobie nabrał łiskaczy, a nam browary za 4 zł chciał dać". Widząc jednak moją minę trochę się zreflektowała i poradziła bym nie donosiła, bo nikt ze mną nie będzie chciał pracować. Jak rozmawiałam kilka dni później z koordynatorem ze swojej agencji poradził mi to samo, dodał też, że skoro nie znam imienia i nazwiska managera to i tak nic nie wskóram.

2. Rok później pracowałam w pizzerii sieciowej. Piwo było sprzedawane z kega na kufle i na dzbany. Od poniedziałku do czwartku dzban był w promocji 12,90, w pozostałe dni 18,00 zł. Wszystko w knajpie było ścisłego zarachowania z wyjątkiem sosów do pizzy i właśnie kega. Zaczęłam pracę w czerwcu, po 4 dniach szkolenia na jednym lokalu rzucono mnie na inny, który miał być moim stałym. Było lato, a knajpa była daleko od centrum i starówki, więc tak zwany niski sezon dla tego lokalu - na zmianie zawsze była jedna kelnerka plus kierowniczka i dwóch dostawców. Co ważne, byliśmy ulokowani w centrum handlowym, jednak dużo mniejszym i starszym od choćby Złotych Tarasów. Dochodziła 21.00, więc pora zamknięcia, zaczęłam powoli zamiatać podłogę. Wtem podchodzi do mnie ochroniarz i zagaja:

O: Cześć, jest ruda kelnerka?
J: Jaka ruda kelnerka? Nie, jestem tylko ja na zmianie.
O: OK, a sprzedasz mi dzban piwa w promocji za 10 zł?
J: Nie ma takiej promocji. Dziś jest promocja za 12,90.
O: Ale ruda sprzedała mi za 10 zł.
J: Jeżeli mam sprzedać za tyle, to muszę zapytać kierowniczki.
O: Kierowniczka się pewnie nie zgodzi, ale dobra idź zapytaj.

Poszłam, zapytałam. Kasia (dziewczyna była tylko 3 lata starsza ode mnie) stwierdziła oczywiście, że nie ma takiej promocji i jeżeli Ola (ruda) sprzedała mu dzban za dziesięć zł, to albo sama te 3 zł dołożyła, albo się pomyliła i nabiła kufel zamiast dzbana. Po czym dodała, że wyjaśni sprawę. Podeszłam do ochroniarza, powtórzyłam powyższe. Stwierdził, że "w takim razie on poczeka jak ruda będzie na zmianie". Wyroków wtedy nie ferowałam, bo byłam 2 dzień na lokalu i Oli nie znałam (i nie poznałam do września), jednak w świetle tego, co się działo potem można było domniemywać, że Ola puszczała piwo z kega na lewo. Po prostu mieliśmy bardzo duże straty w beczce - nie dało się tego wyjaśnić lekkim przelewaniem przy zwykłym nalewaniu piwa, bo potrafiło brakować nawet 8 litrów przy pojemności kega 50 litrów. Dowiedziałam się o tym przypadkiem - kierowniczka po każdej mojej zmianie sprawdzała ile mam zlewek w podkładce (autentyk) i wyrywkowo sprawdzała czy nie przelewam kufli i dzbanów. No i raz Oli nie było 3 tygodnie w pracy, bo rozchorowało jej się dziecko. I nagle brakowało dużo mniej. Zwolnić jednak Oli nie zwolniono, bo za rękę jej kierowniczka nie dała rady złapać. No i były braki w personelu.

3. Historia z zeszłego roku, też z agencji kelnerskiej. Hotel 2 gwiazdkowy. Kierownik bez żenady dogadał się z kelnerami i spisywał na straty butelki piwa, które chcieli po pracy wynieść. Skąd wiem? Bo wlazłam na zaplecze jak to robili. Kelner pakował butelki do swojego plecaka, a kierownik komentował "jak jest ważne aż 4 miechy, to nie spiszę na straty, bo się przyczepią. Weź Żywca, ma jeszcze dwa tygodnie tylko". Jak zobaczył, że jestem na zapleczu spytał co tu robię. Odparłam zgodnie z prawdą, że przyszłam się napić. Powiedział, że mam wracać na salę i potem się napiję. Wyszłam, po pracy się wypisałam na liście. O sprawie nie myślałam, aż dwa dni po zmianie dostałam telefon od koordynatora, że dostałam bana na hotel (czyli nie mogłam się już tam zapisywać na zmiany do pracy) i podobno się obijałam. Facet zdziwiony, bo skarg na mnie nie było, a tu nagle takie coś i co się ze mną w ogóle działo na tej zmianie. Prychnęłam ze złości i wyjaśniłam co widziałam, koordynator mi uwierzył, więc kary finansowej nie dostałam, ale do hotelu już chodzić nie mogłam. Kierownik najwyraźniej się bał, że nie udam, że nie widziałam i chciał się "zabezpieczyć".

Generalnie mam wrażenie, że jest lepiej, choćby dlatego, że ludzie nie wynoszą już tych drobnych rzeczy, o których wspomniałam na początku - każdy może się jako pracownik w hotelach czy knajpie napić herbaty za darmo, tak samo zjeść. Zniknęła więc konieczność podkradania, bo po co wynosić coś, czego można się napchać do oporu codziennie "legalnie". Po zakrapianych imprezach często napoczęte butelki alkoholu rozdaje się obsłudze, bo i tak hotel nic z tym już nie zrobi. Płace też są lepsze. No, ale żeby nie było tak różowo, to jak obsługiwałam w tym roku bal sylwestrowy w hotelu, to babki ze stewardingu wyniosły trochę sztućców. Tego hotel jeszcze za darmo nie rozdaje. Złapał je kierownik.

gastronomia

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (80)

#83949

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję na uczelni medycznej.
Jak to często w takich przypadkach bywa rektorat jest w centrum, a poszczególne katedry porozrzucane są po całym mieście. Nasza mieści się na terenie dużego szpitala, zatem jeśli jest do nas jakaś korespondencja, to listonosz zostawia ją w kancelarii. Pani kancelistka dzwoni do adresatów, żeby ktoś przyszedł po pisma. Wszystko gra i buczy. Ale! Gdyby było tak pięknie to nie byłoby tej historii.

Pani kancelistka udała się na urlop i korespondencja tymczasowo trafia do sekretariatu zastępcy dyrektora. Dziś udałam się tamże po pisma. Było jedno, ale przy okazji poprosiłam panią sekretarkę, żeby telefonowała kiedy będzie coś do nas (zwłaszcza, że tej korespondencji nie ma dużo). Zostałam ofukana, że ona nie ma czasu i że ktoś ma przychodzić. W poniedziałek, środę i piątek. Dalej twierdzę, że telefon byłby dla wszystkich wygodniejszy - nawet wręczyłam jej numery wewnętrzne bo może nie ma - znowu zostałam ofukana.
Cóż - pismo zabrałam, zaniosłam gdzie trzeba i dowiedziałam się jeszcze jednej ciekawostki. Otóż w ubiegłym tygodniu list (polecony i ZPO) z UJ zaadresowany imiennie na jednego z naszych pracowników pani sekretarka odesłała z adnotacją "adresat nieznany"... Ciekawe ile listów tak potraktowała.
Całe szczęście kancelistka wraca w poniedziałek.

EDIT: podniosły się głosy w obronie pani sekretarki. Zatem wyjaśniam - korespondencja do nas zdarza się sporadycznie - w ciągu pół roku mojej pracy musiałam po nią iść może ze 4 razy. Uczelnia preferuje raczej elektroniczny obieg dokumentów. Szpital jest ogromniasty - zatem ja także muszę swoje obowiązki na jakiś czas "odstawić" żeby po te listy iść - a jak wspomniałam ta potrzeba występuje bardzo sporadycznie.
A list z UJ tak lekkomyślnie przez panią odesłany został przywieziony przez kuriera, który - pomimo rozległości obiektu - nie miał żadnego kłopotu z odnalezieniem adresata.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (119)

#83951

(PW) ·
| Do ulubionych
Było już kilka historii o klientach z OLX, o roszczeniowych madkach i ludziach, którzy umawiają się, potwierdzają i w trakcie drogi po towar porywa ich UFO, a kontakt się urywa.

Z drugiej strony nie jest lepiej.
Może nieco naiwnie zakładam, że jak ktoś coś wystawia na OLX, to chce to sprzedać. Szukałem głośników konkretnej firmy, studyjnych monitorów i do tego niezbyt wielkie miały być.

Zajrzałem na OLX, są, cena ok, zdjęcia ok, niedaleko, niestety w ogłoszeniu nie ma telefonu i co gorsza modelu głośników.

Pytam gościa o model i najważniejszy dla mnie parametr czyli pasmo przenoszenia.

Dostaję odpowiedź:
Po co panu taka wiedza? Robił pan sobie badania słuchu, że pyta pan o pasmo przenoszenia? Wszystko można znaleźć w internecie.

No cóż, nie to nie.

olx

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (78)

#83936

~Xoxoxoxo ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy się to na piekielnych do końca nadaje, ale gdzieś "wypisać się" muszę. Wybaczcie mi, jeśli będzie chaotycznie - w tym co napiszę siedzi bardzo wiele emocji, nawet jeśli z tekstu nie będzie ich "czuć".

Byłam w związku. Związek nieformalny, 9 lat ciągnięty, bo jeszcze od czasów szkolnych. Zawsze wiedziałam, że mój partner jest uczuciowy, wrażliwy. To ja byłam ta twarda i harda, która mogła dźwignąć wszystko i ze wszystkim sobie poradzić. Jednak razem z dorosłością przyszły problemy większe i mniejsze, w których ja również potrzebowałam wsparcia i silnego ramienia, takiego zdatnego do wypłakania się.

Niestety, dźwigać musiałam siebie, jego i nas. Im starszy był tym mniej poradny, więcej go przytłaczało, mniej sobie radził z codziennością. Dochodziło do sytuacji kuriozalnych, kiedy płakał, bo ktoś pod sklepem zarysował mu auto, w pracy wydarzyło się coś nie po jego myśli, ktoś powiedział mu coś niezupełnie miłego. Wybuchy szły też w stronę agresji i awantur, które powodował niszcząc sprzęty, krzyczał, wzywał, uderzał głową w ścianę. Rozmowy nic nie dawały, więc uznałam to wszystko za objawy nadające się dla specjalistów i prosiłam o to, by wybrał się do psychologa oraz skonsultował z nim swoje zachowanie, którego kompletnie nie akceptowałam. Oczywiście lekarza nie odwiedził, a jego patologie jedynie się nasilały.

Doszło do tego, że bałam się w jakim nastroju wróci, pilnowałam się, co mówić, a czego lepiej nie, w końcu złapałam się na tym, że najlepszy moment dnia to ten, kiedy nigdzie obok go nie ma. Byłam zmęczona, nie chciałam na niego patrzeć, spać obok niego ani nawet do niego mówić. Po kolejnym wybuchu postanowiłam sama zawieźć go do lekarza pod byle pretekstem, niestety, gdy zorientował się, co się święci, uciekł mi z samochodu na światłach i nie wracał do domu przez kilka godzin, nie odbierając komórki. Po kilku kolejnych awanturach i moich groźbach, że odejdę nastał spokój. Błoga normalność, która wróciła mi wiarę w niego, siebie i nas oboje. Do czasu. Podczas kolejnej awantury otworzył okno i powiedział, że wyskoczy, żebym patrzyła i że to moja wina. Nie patrzyłam. Podeszłam, dałam mu w pysk, a gdy już wyszedł z szoku, byłam za drzwiami razem ze swoim skromnym dobytkiem.

Teraz to ja muszę się leczyć, psycholog zdiagnozował nerwicę. Dzwonił, pisał, błagał, ale dziś już nie ma mowy o powrotach. A żeby było zabawniej - dla wszystkich wokół to ja jestem złą, bo przecież tyle lat było dobrze, to pewnie mi z dobrobytu się poprzewracało.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (139)

#83941

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasem z koleżankami czytam sobie dla rozrywki recenzje naszej restauracji w necie. Czasem robi się naprawdę miło, a czasem... No cóż, powiedzmy, że my niektóre sytuacje mamy inaczej w pamięci.

1. "Wyproszono nas z lokalu, bo kelnerkom nie spodobało się, że moja koleżanka [skorzystała - przyp. red.] z toalety przed zamówieniem, totalne chamstwo!”.

Nie, droga Pani, zostałyście wyproszone, gdyż jeszcze przed zajęciem stolika pani koleżanka zamknęła się w toalecie na 20 min., po tym, jak ją zwolniła, smród czuć było aż na sali, a wejście do kibelka powodowało odruch wymiotny i łzy w oczach. Winny temu był zapewne obiad zjedzony po taniości u chińczyka na dworcu i porozrzucany po kabinie osrany papier toaletowy, który Pani koleżanka po sobie zostawiła.

2. "Bezczelna kelnerka zaproponowała mojej ciężarnej żonie alkohol i odmówiła podania deseru do alkoholu”.

Ciężarna żona popijała cały wieczór winko z kieliszka męża, a o tym, że szczuplutka pani jest oczekująca, dowiedziałam się, gdy, już lekko wstawiona, próbowała zamówić mus czekoladowy, ale bez alkoholu. Powiedziałam, że to niemożliwe, gdyż alkohol jest w musie, a nie dodawany przed podaniem. Stwierdziłam także, że to tak niewielka ilość, że raczej nie jest w stanie nikomu zaszkodzić. Pani zaczęła najpierw się drzeć, a potem prawie szlochać, że ona jest w ciąży, i że ja chyba nienawidzę dzieci i chcę jej zaszkodzić. Aha.

3. "Obsługa była chamska, nerwowo reagowała na nasze prośby i zamówienia i trzaskała talerzami!”.

Cierpliwie znosiłam wołanie mnie do stolika co 2 minuty, bo:

- więcej wody z kranu,
- więcej chleba,
- więcej masła,
- widelec mi spadł, daj mnie nowy,
- więcej serwetek,
- nowy obrus, ten jest brudny (sami wybrudzili),
- przynieś mi płaszcz, idę zapalić,
- już wróciłem, odwieś płaszcz,
- proszę mi podać kartę - po czym bez otwierania karty - a jakie macie piwa, wina, dania wegetariańskie, danie rybne, desery, przystawki…

Przy sprzątaniu brudnych talerzy poprosiłam jednego z panów o podanie mi talerza, bo siedział w kącie stołu i ciężko mi było po niego sięgnąć bez nachylania się w sposób mało przyzwoity nad innymi osobami przy stole. Pan uniósł talerz i zajęty rozmową nawet nie czekał, aż ja talerz przechwycę. Talerz upadł na stół, dobrze, że ani się nie rozbił, ani nie rozchlapał się jakiś sos. Huk był, a owszem.

Punkt kulminacyjny, kiedy przestałam być miła, nastąpił, gdy jedna z pań poprosiła, abym skoczyła do apteki, bo kolacja ze znajomymi to najlepszy moment na test ciążowy, bo jak będzie pozytywny, to można od razu opić. Zadałam jej ubrane ładnie w słowa pytanie, czy przypadkiem się nie pomyliła i nie myli kelnerki z osobistą asystentką.

4. "Beznadziejna restauracja dla rodzin, brak propozycji dań dla dzieci".

Nie brak propozycji dań dla dzieci, tylko brak cheeseburgerów, frytek i milkshake'ów, których głośno domagał się uroczy grubasek przez bitą godzinę na kolacji z rodzicami.

5. "Odmówiono nam stolika, bo jesteśmy Azjatami. Kierownik powiedział, że wszystkie stoliki są zarezerwowane, a lokal był pusty. Para, która weszła po nas bez problemu dostała stolik, wyglądali europejsko."

Było pusto, bo weszliście tuż po otwarciu, a para po was dostała stolik, bo go zarezerwowali. Paranoja i kompleksy bardzo?

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (191)

#70439

~Prawko ·
| Do ulubionych
Dzisiaj nie zdałem egzaminu na prawo jazdy.

Wydaje mi się, że z jazdą radzę sobie dość dobrze, na jazdach parkujemy z instruktorem zawsze w bardzo ciasnych miejscach, tyłem, przodem, równolegle.

Na początku powiedziałem ładnie "dzień dobry”, na co egzaminator nie odpowiedział nic. Wiedziałem, że będzie ciężko. Siedząc w samochodzie, zapytał, czy "zostawiłem stres w domu?”. Odpowiedziałem twierdząco.

Poinformował mnie, że wylosowałem pojemnik na płyn do spryskiwaczy i światła pozycyjne. Sprawdzając płyn, dostałem ochrzan za to, że chciałem użyć podpórki do maski (zaznaczę, że zdaję w Nowym Targu i dziś było ok. -13 stopni). Później włączyłem światła pozycyjne i, chcąc wyjść z auta, znów zostałem zrugany, za to, że on kazał mi jechać, a nie sprawdzać.

Zrobiłem łuk i okazało się, że jest niepoprawny. Na moje pytanie, dlaczego, egzaminator kazał mi jechać jeszcze raz i nie odpowiedział. Później górka, elegancko poszło i wyjeżdżam na miasto.

Już w bramie od ośrodka mamy znak informujący, że musimy z powodu ciasnego przejazdu puścić samochody z przeciwka. Zatrzymałem się więc, gdyż zobaczyłem samochód z drugiej strony. Kierujący jednak chciał mnie puścić, więc zapytałem egzaminatora: "Czy mogę jechać? Samochód mnie puszcza”. On wykrzyknął do mnie, że też ma oczy i doskonale to widzi, i żebym nie tamował przejazdu. Pojechałem więc.

Na następnym skrzyżowaniu znowu ochrzan, że tamuję ruch, bo za wolno wyjeżdżam, że mam miejsce, że brak mi dynamiki i odwagi. Wtedy się poddałem, poczułem, że nic z tego. Warto zaznaczyć jeszcze, że dziś w nocy spadł śnieg i, jak to u nas w górach, niewiele było widać. Później dostałem rozkaz (tak to nazwę) zaparkowania prostopadle przodem na miejscu po prawej stronie. Była tak mała widoczność i tak mało miejsca, że nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Chciałem bez korekty, a egzaminator dał po hamulcach i kazał mi ją zrobić. Zacząłem więc cofać, a on nagle zatrzymał auto i powiedział, że mało nie doprowadziłem do kolizji z autem obok (było jeszcze ok. 1 m miejsca) i egzamin zostaje przerwany.

Piekielny krzyk egzaminatora co 10 m sprawił, że moje marzenia o zdaniu za pierwszym razem egzaminu legły w gruzach, cóż, bywa.

Prawko

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (163)

#83778

~KlientCCC ·
| Do ulubionych
Likwidacja sklepu CCC poruszyła Grażyn i Januszy z foteli. Każdy chce kupić coś, czego nie potrzebuje za cenę, której pragnie.

Szał trwa, promocje 50% na wszystko rozbudziły w klientach żądze kup więcej za mniej. Generalnie obsługa nie robi nic, udając Greka, że niby nie wiem, gdzie co leży, a karton na ziemi to nie jego problem, bo jest tu tylko grzecznościowo z innego sklepu na czas likwidacji.

Dzicz klientów szaleje, plądrując i zwalając opakowania z myślą, że obsługa posprząta i włoży za nich odpowiednie numery obuwia do opakowania razem na półkę. A tu zonk, obsługa nie dość, że nie posprząta, to jeszcze nie pomoże, bo jest tu tylko przypadkiem.

Czy będzie na jutro posprzątane, a buty wrócą do swoich kartonów? Nie! Tak z rozbrajającą szczerością odpowiada sprzedawca.

Chcesz polować na wyprzedaż 50%, to znajdź sobie drugiego buta (który może w sklepie jest, a może go i nie ma) sam (oczywiście też odpowiednie opakowanie, a i metkę odpowiednią, bo ta na bucie nie wskakuje w systemie, więc buta się sprzedać nie da).

Kolejka na ponad godzinę czekania, bo tylko jedna kasa z dwóch czynna.

Piekielni klienci czy obsługa? Oceńcie sami.

Pozdrawiam wszystkich Łowców Promocji.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (96)

#70961

(PW) ·
| Do ulubionych
Na moim osiedlu pewna sieć zainstalowała światłowody do ich super HDTV i internetu. Ale niestety ludzie nie walą drzwiami i oknami i nie podpisują umów. To robimy co?

A ciśniemy, póki nie podpiszą, tak że 3 razy dziennie puka do mnie ich przedstawiciel.

Niestety mają pecha, bo osiedle dość zatwardziałe i zmiany operatora TV nie chce, ale ciągle próbują.

Oferta specjalnie dla mnie: TVHD 160 kanałów, w tym 29 HD plus internet 100Mb tylko 149.99 zł. Mam 148 kanałów i internet 50Mb za 53 zł.

Co powiedział przedstawiciel? Cytuję: „Panie, min. 100 na internet musi być, bo pan stron nie załaduje. Na takiego YouTube, to łącze min. 200 powinno być, aby to w ogóle działało"
Odpowiedziałem: "Wie pan, co na moim bezprzewodowym YouTube chodzi super, a jest to AERO 2”.

Przedstawiciel dał mi wizytówkę i stwierdził, że on będzie tu pojutrze, czeka na decyzję i przygotuje papiery.

Taaaaa, już podpiszę.

pomarańczowa

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (163)

#71002

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja miała miejsce w jednym z większych miast województwa Łódzkiego. Nie dotyczyła mnie bezpośrednio, opiszę to, co opowiedziała mi mama.

Mama szła wzdłuż bardzo ruchliwej ulicy (droga wlotowa do miasta). Przed sobą zobaczyła starszą panią (na oko 60-70 lat), która żwawym krokiem maszerowała do przejścia. Niby nic nadzwyczajnego, jednak starsza kobieta, nie patrząc na nic, wkroczyła na jezdnię, jakby szła chodnikiem. Efekt?

Kierowca auta osobowego z piskiem opon zatrzymał się tuż przed staruszką, na co ona ze srogą miną zaczęła krzyczeć: Jak pan jeździsz? Przecież widzisz pan, że idę, to pan stój, a nie!

Moja mama w szoku, kierowca pewnie też. Niektórzy starsi ludzie czują się zbyt pewni siebie, przez co dochodzi do różnych kontrowersyjnych sytuacji z ich udziałem.

Przejście dla pieszych

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (156)

#83920

~achcipedalarze ·
| Do ulubionych
Zima ma tę zaletę, że na drogach jest mniej rowerzystów. Mimo to ostatnio trafiło mi się takie cudowne dziecko dwóch pedałów, że muszę to opisać.

Od rana padał deszcz, a późnym popołudniem temperatura spadła poniżej zera. Sprawiło to, że wszystkie osiedlowe drogi zmieniły się w lodowiska. Spadło też trochę śniegu, który przykrył ten lód.

Jadę sobie taką właśnie drogą osiedlową, bardzo powoli, starając się ograniczyć prędkość i używanie hamulca do minimum. Jest wąsko i ciasno, po bokach parkują auta, więc każdy poślizg, nawet minimalny, może się skończyć kolizją. Nagle za mną pojawia się pedalarz i podjeżdża pod sam zderzak. Dzwoni dzwonkiem i wymachuje łapą, że czemu tak wolno jadę. Obserwuję więc pajaca, czy nie zrobi czegoś głupiego. Nagle ten wyprzedza, tuż przez skrzyżowaniem i skręca.

Wybuchnąłem śmiechem, gdy skręcając wpadł w poślizg i wywinął takiego orła, aż zadzwonił dzwonek, ten sam którym mnie przed chwilą popędzał. Zatrzymałem auto i wysiadłem sprawdzić czy nie potrzebuje pomocy, bo naprawdę solidnie rąbnął, ale zanim do niego doszedłem to wstał o własnych siłach, wsiadł na rower i odjechał, na pożegnanie pokazując mi środkowy palec.

rowerzyści pedalarze

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (162)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni
 

cheap swissgear backpack cheap hydro flask Water bottle cheap tumi backpack Shopping News free sex movie cheap gymshark Yoga clothing European News Web cheap yeti cup cheap anello backpack